Robaki…

– Pani M. powiedziała, że mam robaki – niezobowiązującym tonem rzuciła Żaba. Wydarcie z niej informacji, w jakich to okolicznościach [w łazience???] padły owe słowa – graniczyło z cudem. Zasadniczo rozumiem, że robaczyca, owsiki… ale to mogły być glizdy, tasiemiec, trzeba pobrać próbkę, do labu zawlec, a może do sanepidu, wszak lepiej, by lek był celowany, ale jak to zrobić, skoro Żaba defekuje w przedszkolu, poprosić Panią M.? Żywcem mnie zje, chyba będę musiała tam siedzieć i czekać, rany kota, nie mam czasu… To lepiej Żabę zatrzymać dzień, pobrać próbkę…

Dnia następnego odbierałam latorośl, bo Książę Małżonek zajętym był.

– Jak dobrze, że panią widzę, bo męża to nie chciałam angażować… – pani M. podbiegła do mnie radośnie, jak widzę taką radość to już się zastanawiam, ile mam melisy w domu, bo pewnikiem złe wieści – Chciałam spytać, co się u państwa w domu dzieje, bo od dwóch tygodni Żaba jest nie do zniesienia, trzy razy z krzesła spadła na głowę, krzyczy, pluje, a dziś to tak huknęła do ucha ulubionej koleżance, zupełnie nie rozumiem, nigdy, nigdy taka nie była, normalnie, jakby ją robaki oblazły…

…nie no, spoko. Jakby mi spadła z trzy razy z krzesła też by mnie rozniosło.

…nic się nie dzieje. Od dwóch tygodni Kijanka kica po podłodze – na czterech, dwóch lub trzech kończynach [da się! jak się skarpetę trzyma w ręku…] i zasadniczo wszyscy są już tym zmęczeni. No – może poza Kijanką. Ona bawi się cudnie.

5 thoughts on “Robaki…

Leave a Reply

Please log in using one of these methods to post your comment:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s