Czerwone korale…

…czerwone, jak maliny – oczywiście, o ile mamy maliny i są one czerwone. Przez ostatnie miesiące cudnie owocowały w Żabolandii maliny – ale żółte. Taki klimat. Jedliśmy je do wypęku, były w jogurtach, z miętą, w towarzystwie porzeczek, poziomek… ale żółte. Próbowałam do nich przekonać Kijankę – nic z tego. Pluła, wierzgała, wpadała w histerię. Trudno.

Aż tu nagle – zaowocował taki mały, lichy krzaczek czerwonych. Mikre te owocki, że aż przykro.

Kijanka podreptała pod krzaczek. Rozejrzała się niczym szpieg z Krainy Deszczowców, wyciągnęła tłustą łapkę – i już czerwoną malinkę do pyszczka.

Efekt WOW na dziecięcej twarzy.

I jak jej wytłumaczyć, że więcej nie ma? I nawet żółte się już kończą? Bo oczywiście Żaba zerwała jej kilka żółtych i podała tak mimochodem, bez spiny. Kijanka połknęła wszystkie. Żąda jeszcze. Jak już się kończą.

Za to są czerwone korale. I żar z nieba.

A roślinka to samosiejki śliwy. Próbuje odbić, ale jej nie dajemy, bo co za dużo, to niezdrowo…

5 Replies to “Czerwone korale…”

Leave a Reply

Please log in using one of these methods to post your comment:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s