Bajki, baśnie, bajeczki… i czerwień

Co się dzieje, gdy z dziatwą spędzasz dużo i dużo czasu? [znaczy, pomijając, że po jakimś czasie podłoga się lepi, ale akcja Nocnik mknie do przodu]

Dziwne się rzeczy dzieją. Na ten przykład dostajesz mdłości na widok baśni w wersji dla parolatków i masz ochotę krzyczeć “Guano prawda!”

Ponad to baśnie ulegają ewolucji i taka niewinna Księżniczka na ziarnku grochu staje się satyrą na królowe matki i teściowe, wcale nie nazbyt subtelną. Andersen odlatuje do innych krain i nigdy nie wraca [zasadniczo mu współczuję, musiał być wyjątkowo nieszczęśliwym człowiekiem, ale przez gardło mi nie przejdzie, że karą za chęć piękna i tańca jest odrąbanie nóg, Hans Chrystian – WON!].

Grimmów mogłabym bez cenzury, ale Żaba na mnie krzyczy, że przestanie wyjeżdżać do lasu, jeśli jeszcze raz jej wyskoczę ze złem w lesie, więc muszę kombinować.

I po tych wszystkich historiach przyznaję bez bicia – Czerwony Kapturek urzeka mnie coraz bardziej. Czytałam wersję, że Kapturek był wilkiem, a matka więżącą go wiedźma, gdzie sam płaszczyk był zaszytymi snami wilka, by nie znał swej tożsamości. Pamiętam wersję oryginalną, z okrutnym rozkazem “Spal to, więcej nie będzie ci potrzebne”. A ostatnio miałam okazję przeczytać “Czerwoną baśń” pani Wiktorii Korzeniewskiej. Językiem przypomniała mi “Niedźwiedzia i słowika”. Ale to tylko warstwa formalna. Fasada. Ozdoba.

Czerwona baśń” wyrwała mi serce. [wiem, małe, czarne i zawistne, nieważne, no] Jak kiedyś “Prosto z Sherwood” pani Kwiatkowskiej.

Czerwony Kapturek jest o każdej z nas, kobiet. Każda z nas słyszy u zarania życia – nie zbaczaj ze ścieżki. A czerwień [pazurów? bielizny? krwi? czerwień utraty czy czerwień ulgi?] jest przynależna kobiecie, choćby wszyscy monarchowie i wszyscy z episkopatu się w nią przyoblekli. Są tylko zawistnymi naśladowcami. [Jessica Harrison – i jej porcelanowe laleczki – te wytatuowane. I te zakrwawione. Tak mi się przypomniała. Odwrotna strona piękna. Zdjęć nie wklejam, bo każdy wujka g. może spytać, a bez ostrzeżenia mogą być nieco drastyczne. Te z czerwienią.]

Czerwona baśń” lakoniczna jest, nie do końca dopowiedziana jest – kuglarstwem z motywami mami, wierszykami dla dzieci śmieszy, okrucieństwem bezzasadnym mrozi.

Dobrze, że krótka. Więcej bym nie chciała. Więcej bym nie zniosła.

A moja oswojona czerwień lśni w koralikach, farbka, nie krew. Tak czasem bywa 😉

PS Jeśli ten remont potrwa pół roku to chyba spiszę wszystkie własne wersje bajek, ku pomocy innym matkom dziecio-uziemionym…

PSS Kolczyki dostępne w sklepiku. A jak nie widać ich tam – zapraszam do kontaktu bezpośredniego.

14 thoughts on “Bajki, baśnie, bajeczki… i czerwień

    1. A co Cię w nim boli najbardziej? Bo ja modyfikuję dość ostro, ale moje dzieci wiejskie już prawie, już trupy oglądały, więc trochę inaczej dla nich modyfikuję, niż moja mama dla mnie w ich wieku. Co cię boli w Kapturku? Dawaj, może coś wspólnie wymyślimy, [przecież ty słowem się parasz, problemu mieć nie powinnaś…?] Mnie pokonały Czerwone buciki. Nawet z Brzydkim kaczątkiem, jako opowieścią drogi, że dążysz do zrozumienia i szukasz podobnych jako-tako się czasem rozumiem, ale czerwone buciki bolą mnie w człowieka. Całego człowieka, a kobietę w szczególności.

      Like

      1. Mnie bolą oczy od nadmiaru czerwieni. Zbyt długie otaczanie się czerwienią prowadzi do psychiatryka.
        Wkurza mnie, że wszyscy się tam zjadają.
        Chore.
        A potem babcia wyskakuje, a z nią pewnie i pół wioski, oblepieni flakami i fekaliami, acz w stanie nienaruszonym.
        Miodzio.
        I nieco biologię i chemię podważa.

        Like

      2. Flamenco tańczyło się w czerwieni – i było, ok, tango takoż – choć tu więcej odsłaniano, niż zasłaniano 😉
        Akurat dla pięciolatki chyba lepiej, że się zjadają, jeszcze swojej nie opowiadałam oryginału i raczej nieprędko się to stanie 😉
        Ej, wolałabyś, żeby wyskakiwali w kawałkach?
        Nie no, mnie bolały kamienie zaszyte w wilku – on robił swoje, to czemu jego nie walnięto w łeb szpadlem i po problemie, te kamienie to jednak bez serca. Ale to mi się powtórzyło, było też w siedmiu kózkach, trudno.
        Zaraz tam biologia. Może babcia była ciężkostrawna – wiesz, makaron z chińskich zupek też przez długie godziny pozostaje w stanie nienaruszonym, naruszając co najwyżej jelita ‘smakosza’ 😉

        Like

      3. Ale ja czerwień lubię, tyle, że w nadmiarze to i wiesz kto nie ruszy.
        Przyszedł niedźwiedź, który był leśnym doktorem i to on powiadomił wilka, że ma kamienie i że musi je wysikać. A że babcia działa moczopędnie to resztę już znasz.

        Like

      4. Babcia zaparzana jako ziółka – pamiętaj, ziół nie można wrzątkiem, bo się ‘obrażą’, jak yerba mate, trzeba chwilę odczekać…
        Dlatego kapturka po kwiatki posłał, żeby mu wrzątek trochę ostygł…

        Like

  1. I pomyśleć, że kiedyś czytało się dzieciom te bajki Grimmów czy Andersena, naszpikowanych opowiastkami o złu, o umieraniu, często nie pomijających makabrycznych szczegółów, a teraz nagle obecne bajki muszą przejść dogłębną weryfikację, czy nie szkodząpsychice dzieci. Jakim cudem my, starsi, przeżyliśmy dzieciństwo na tych makabrycznych bajkach i nie zostaliśmy skrzywieni psychicznie? : )

    Like

    1. Dziękuję za komentarz 🙂
      Cóż – bajki przechodzą weryfikację, żeby żadna więcej dziewoja nie szorowała podłóg w oczekiwaniu na wróżkę chrzestną i księcia, by nie zabijała godzin w wieży zaplataniem warkocza, zamiast ogarnąć drogę ucieczki. To tak z mojej strony, jako matki dziewczynek. A z kolei jako ‘starsza’ – byłam chowana na bajkach ilustrowanych przez Szancera. Nie są makabryczne, najwyżej smutne, choć zawierają element śmierci. Te bardziej makabryczne, klechdy i podania to już w szkole, z omówieniem na zimno i bez emocji, ze wskazywaniem, jaki morał, jaka potrzeba wychowawcza. Z całą pewnością różniły się od tego, co przed snem opowiadano – mnie i moim rówieśnikom. Może poprzednie pokolenia miały inaczej – nie będę się spierać.

      Liked by 1 person

  2. Ja tak – jak zwykle – nieco inaczej skomentuję ten ciekawy post. W wieku 4-5 lat (a więc były to lata 1654-1955) umiałem już czytać. Bajkami się nie zajmowałem, a po przeczytaniu sceny wbijania Azji na pal, rozbolała mnie głowa, i rozchorowałem się na kilka tygodni. Gdy już doszedłem do siebie udało mi się odkryć (rodzice zamykali przede mną książki) pod poduszką u mamy jakąś powieść Emila Zoli. I to było to! Seksowne opisy scen damsko-męskich wprowadzały mnie w błogi nastrój i stan podniecenia. Ale fascynacja trwała krótko. Zanim poszedłem do szkoły zaliczyłem ważniejsze książki o kowbojach, rycerzach, piratach, itp. Niestety, poza teorią (psychologia wychowawcza) nie mam własnych doświadczeń w relacjach dorosły – bajki dla dzieci. 😉

    Like

Leave a Reply

Please log in using one of these methods to post your comment:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s